Deus ex Ucraina

Story in English, Оповідь українською, Geschichte auf deutsch, Cuento en español, Histoire en français, Storia in italiano, Рассказ на русском

Opowieść Ołeksija Dubrowa

Zilustrowane przez Marynę Lutsyk

Tego dnia wyrwał mnie ze snu dźwięk eksplodujących pocisków padających w samo centrum Moskwy. Machinalnie odrzuciłem brzeg  kołdry i w lekkiej letniej piżamie zsunąłem się na podłogę. Była wyłożona malutkimi „oldschoolowymi” kafelkami. Cztery takie zmieściłyby się w mojej dłoni. Takie kafelki zwykle stanowiły dekorację starych pieców, lecz z dziwnego powodu wyłożono nimi podłogę. Było niebiesko białe z rysunkami wymyślnych muszelek o przedziwnych kształtach. Natura nigdy nie mogłaby stworzyć czegoś takiego, pomyślałem. Zapewne lokalny artysta nigdy nie widział prawdziwych muszli.

Nie słychać było syren przeciwlotniczych, ponieważ system ostrzegawczy został uroczyście zdemontowany dziesięć lat temu. Ale jakoś wiedziałem, co się dzieje i co trzeba robić. Sądzę, że moja reakcja miała związek z moją epilepsją i dziwnym poczuciem  déjà vu, na które cierpiałem od dzieciństwa.

Pamiętam pierwszy przypadek déjà vu,  jaki mi się zdarzył. Miałem tylko dziesięć lat. Mieszkałem wtedy w chińskiej strefie okupacyjnej Moskwy. Dyrektorka sierocińca, stara Mrs. Mao, która sądząc z wyglądu musiała mieć ponad sto lat, znów zamierzyła się na mnie swoją łaską.

Chodziła o łasce nie z powodu wieku, lecz  dlatego, że przy tych swoich stu latach z okładem była, o dziwo, nadal bardzo otyłą kobietą. Zupełnie nie pamiętam czemu się wtedy na mnie zamierzyła. Byłem dobrym uczniem. I chyba nie jako kara za złe zachowanie. Ale od czasu do czasu, gdy coś ją naszło, laska szła w ruch. Jak to się oficjalnie nazywa? Epizod dydaktyczny? Ja bym to nazwał laniem spuszczanym każdemu, kto się napatoczył, gdy była sina z wściekłości. Najczęściej byłem to ja. Chińskie dzieci prawie nigdy nie dostawały.

Więc miałem wtedy te dziesięć lat i pewnego pięknego ranka, gdy rozchodziła się jeszcze w powietrzu woń jajecznicy rozsmarowanej na szkolnym mundurku, Mrs. Mao postanowiła zademonstrować mi ów dydaktyczny moment. Słyszałem już  świst laski nad moją głową, gdy nagle stanęła w pół drogi. Kobieta krzyknęła i zastygła z otwartymi ustami. Stała tak parę sekund jak skamieniała. A potem runęła z taką siłą, że przewróciła biurko. Głośny grzechoczący dźwięk najpierw mnie poderwał a potem padłem na ziemię tuż obok Mrs. Mao, która sekundę temu też się tam znalazła.

To powinien być najszczęśliwszy dzień mojego dzieciństwa, bo ta wiedźma-dyrektorka nigdy więcej nie podniosła na mnie ręki. Ale wtedy właśnie zdarzył się mój pierwszy napad padaczki. A przynajmniej tak mi mówiono, bo sam tego nie pamiętam. Jak tylko rozległ się trzask biurka, które rozpadło się na drobne kawałki pod ciężarem Mrs. Mao, poczułem jak gdyby to samo stało się ze mną. Automatycznie rzuciłem się na podłogę osłaniając głowę rękoma. Zaraz potem odczułem jak w moim  brzuchu wzbiera jakiś huragan, przed oczyma zawirowały wszystkie kolory tęczy a całe moje ciało zaczęło się trząść.

Szczerze mówiąc, trudno powiedzieć, że się bałem. Kolejne wydarzenia jawią mi się niczym sceny ze snu. Wizyta w gabinecie lekarza, od czasu której musiałem zawsze łykać jakieś pigułki; obrazki z pogrzebu Mrs. Mao, który obejrzałem na  internetowej stronie internatu. Od tego czasu mam powracający sen, w którym przyzywa mnie do siebie piękna kobieta w wojskowym mundurze. Nigdy nie byłem w stanie za nią podążyć, choć bardzo się starałem.

Mówi się, że ludzie cierpiący na padaczkę doświadczają uczucia déjà wielokrotnie częściej, niż zdrowi. Jest to stan, w którym  wewnątrz ciebie nastają dwie rzeczywistości, jak gdybyś przebywał w jednym miejscu a twoja podświadomość i wszystkie organy zmysłu były gdzieś daleko.

Ta odległa rzeczywistość może łączyć się z wspomnieniami, z czymś, co rzeczywiście się zdarzyło. Lecz czasem są to całkowicie nowe wrażenia. Wydaje ci się, że dana sytuacja jest znajoma, ale szanse na przypomnienie sobie jakichkolwiek szczegółów są zerowe. Czujesz się, jakbyś zobaczył w lustrze coś z przeszłości, ale odbicie jest maksymalnie rozmyte.

Od tego czasu, niemal każdy głośniejszy grzechot wywoływał te moje głupie déjà vu, po którym nieuchronnie następował napad padaczki. Mimo że jestem nieuważny i zapominalski, szczęśliwie wyrobiłem sobie nawyk trzymania w kieszeni pigułek, które powstrzymują nadejście napadu padaczki. Ale pigułki nie powstrzymywały uczucia déjà vu, bulgotania w żołądku, ani tych małych gwiazdek przed oczyma. Wręcz przeciwnie, one je przedłużały. Objawy choroby trwały do dziesięciu minut i zanim nie ustały, nie byłem w stanie zmusić do działania ani mego mózgu, ani ciała. Przez jakiś czas potem przestawałem odczuwać jakiekolwiek emocje.

Te same odczucia powtórzyły się tego dnia na podłodze mego mieszkania w Moskwie. Ale tym razem mieszkałem w strefie kontrolowanej przez ONZ, gdzie międzynarodowe organizacje realizowały w praktyce projekt mający na celu reedukację Rosjan. Owego dnia na naszą strefę okupacyjną spadły rakiety zza Uralu. Też pracowałem w ramach tego projektu, przeniósłszy się do oenzetowskich strefy Moskwy parę lat temu. Co prawda jako stróż, ale płacili dobrze i dali mi nowoczesne mieszkanie, bardzo jasne, o dość futurystycznym układzie. Okna, które zawsze trzymałem zasłonięte roletami, wyglądały na Plac Czerwony, gdzie z wszystkich stojących tam ongiś budynków pozostało jedynie mauzoleum. Z tym, że po zeszłotygodniowym ataku terrorystycznym ukradziono ciało. A sam plac nie był już czerwony, bo architekci z Berlina zalali go szarym betonem. Samo mieszkanie niezbyt mi się  podobało, zwłaszcza jego układ, ale mój pracodawca płacił jakąś niebotyczną kwotę za czynsz. Jak mógłbym protestować?! Nigdy nie uważałem się za przepracowanego, ale jakoś zawsze czułem się zmęczony i połamany.

Dzień ataku zapowiadał się słoneczny i ciepły, pierwszy taki dzień lata 2049 roku. Synoptycy nie przewidzieli opadów w formie bomb, które z przenikliwym gwizdem i hukiem padały na ziemię. Sytuacja wydawała się dziwnie znajoma, choć przyzwyczaiłem już się nie polegać na swojej pamięci. Jednego dnia zapomnę kluczy od mieszkania, innego dnia zegarka. Czasem podgrzewam zamrożoną pizzę i zostawiam ją w piecyku, dopóki nie przypomni mi o tym czujnik dymu. W tamtych czasach, Mrs. Mao zmuszała mnie do zapisywania wszystkiego. Nawet nauczyła mnie do tego ręcznego pisania, choć nikt już tego nie robił od dłuższego czasu. Ale jak zmarła, zaprzestałem pisać ręcznie.

Jak tylko natrzęsły się szyby, przeniknął mnie całego, aż do szpiku kości, chłód. Momentalnie wyschły mi usta, ale automatycznie wysunąłem tam pigułkę i resztką śliny przełknąłem. I runąłem na ziemię. Jak na złość, zaczął mnie swędzieć iksowaty tatuaż na prawej ręce. Stan chronicznego zapalenia jeszcze się pogorszył a skóra stała  się czerwona i lekko opuchnięta.

Na serio, nie mogłem od razu zrozumieć, co się dzieje. Oczywiście rozumiałem, że to są działania wojskowe, ale kto to mógł zaatakować? Najpierw myślałem, że to Chińczycy – ich strefa okupacyjna w Moskwie i na terenie dawnej Rosji była największa. Nic nigdy nie było z nimi pewne. Chińczycy mają skośne oczka, są niscy i zawsze się uśmiechają – z wyjątkiem Mrs. Mao, naturalnie. Ona nie uśmiechała się nigdy. Dlatego może niektóre dzieci podziwiały ją za szczerość.  Nikt nie ufał uśmiechom, zwłaszcza chińskim.

Miej więcej po godzinie pierwsza seria wybuchów ustąpiła. Słyszałem  niekończący się jęk syren karetek ratunkowych i dronów przeciwpożarowych. Leżałem na podłodze jeszcze dobry kwadrans, po czym wstałem i wyjrzałem przez okno. Niebieskie niebo zasnuły ciężkie czarne kolumny dymu kłębiące się na wietrze.

Ulice zalane były rzeką pojazdów, poduszkowców, policyjnych dronów,  dronów dostawczych załadowanych walizami. Samochody autonomiczne utknęły w niekończącym się korku. Zazwyczaj tego rodzaju apokaliptyczne pandemonium likwidowały drony policyjne. Lecz wyglądało, że ich oprogramowanie padło, bo wisiały tylko nad ziemią chybotliwie. Gęsty tłum pieszych posuwał się wolno po chodnikach taszcząc ciężkie torby i śpiące dzieci. Umysł naglił mnie do pójścia w ich ślady, lecz po napadzie padaczki nie byłem w stanie podjąć decyzji.

Dopiero wtedy przyszło mi na myśl, żeby sprawdzić wiadomości. Podszedłem do szafki przy łóżku i wziąłem do ręki zegarek. Chiński, dość stary, ale od dwóch lat sprawował się dobrze. Miniaturowa okrągła tarcza mogła wyświetlić holograficzny obraz o wymiarach dziesięć na piętnaście centymetrów, co mi w zupełności wystarczało.

Wcisnąłem tarczkę, ale obraz nie pojawił się. Nacisnąłem ponownie – znowu nic. “Szlag by to trafił! Zapomniałem naładować przez noc!” pomyślałem. Teraz nie mogłem go naładować, bo nie było prądu. Bomby musiały uszkodzić najbliższy wiatrak dachowy parę przecznic stąd.

Pomyślałem, że zapytam ludzi, gdzie uciekają i pójdę razem z nimi. Szybko wrzuciłem parę rzeczy do plecaka (wodę, zapasowa bieliznę i  plakat w formacie A3 “Ogórka”,  londyńskiego drapacza chmur  ulicy Mary Axe, 30).

Wtedy do mnie dotarło. Powinienem wpaść do biura, choć dziś miałem dzień wolny. Pozarządowa organizacja “Nowi Rosjanie”, gdzie pracowałem jako stróż, mieści się w centrum biznesowym w sąsiednim sektorze miasta. Może u nich jest prąd.

Stwierdziłem, że lepiej naładować zegarek przed ucieczką, bo miałem tam wszystkie dokumenty. Nie przyszło mi na myśl, żeby zapytać o prąd sąsiadów. Choć mieszkam tu od pięciu lat, nie poznałem się dotąd z nikim. I czemu właściwie mieliby mi pomagać?

Dawniej, po napadzie padaczki, nikt na ulicy nie zwracał uwagi na spłycony afekt na mojej twarzy. W końcu wszyscy mieli podobny wyraz twarzy. W tej chwili moje spokojne rysy ostro kontrastowały z panikującymi obładowanymi bagażami ludźmi na ulicy – przerażeni mężczyźni, kobiety, oszołomione dzieci, przestraszone psy.

Przebrnąłem wreszcie przez chaotyczny tłum biegnący we wszystkich kierunkach z okrzykami “Achtung!” i “Сours plus vite” I dotarłem do biura, gdzie zastałem tylko mojego szefa, Günthera Dupré. Jego kruczoczarne włosy, zazwyczaj przylizane litrami żelu, były tym razem rozczochrane.

“Hector, czego tu do cholery szukasz?” Spojrzał na mnie przerażonym wzrokiem. Nigdy jeszcze nie słyszałem, żeby wykształcony intelektualista z Saary wypowiedział takie słowo.

“U mnie nie ma prądu i zegarek mi wysiadł. I gdzie ja indziej mogę pójść?” podniosłem ręce, jakbym się poddawał.

Nie mam krewnych a z kolegami z pracy jakoś nie wyszło. Nie, nie narzekam, jeśli chodzi o kolegów, zawsze byli dla mnie mili. Często chodziliśmy razem na lunch a życie towarzyskie kwitło na korytarzu. Ale z chwilą przekroczenie niewidzialnej granicy wokół biura, byliśmy sobie obcy. Nigdy nie byłem zapraszany na imprezki po barach, czy na urodziny. Nic więc dziwnego, że nikt się dziś o mnie nie zatroszczył.

Günter gorączkowo klikał na służbowy ekran holograficzny, coś pod nosem gniewnie mrucząc i rozglądając się wokół nerwowo. Nigdy go przedtem nie widziałem aż tak przestraszonego. Zawsze wymuskany, w białej wyprasowanej koszuli, dziś przypominał nieśmiałe zwierzątko tuż przed atakiem drapieżnego tygrysa. Podłączyłem zegarek do szybkiej ładowarki – na mój model wystarczy parę minut.

“Nic się nie przejmujesz tymi bombami? Chyba zdajesz sobie sprawę, że jesteśmy całkiem bezbronni?” spytał mnie Günter, nie spuszczając oczu z holo-ekranu. Dostrzegłem ciężkie krople potu na jego twarzy – kolejna nowość.

“Przekonywali nas, że tu nie może być wojny” odpowiedziałem, włączając zegarek ” Myśli Pan, że to Chińczycy?”

“Czemu nikt mnie nie ostrzegł?” westchnął, osłaniając dłonią twarz. “Po tym wszystkim, czego dokonałem!” W tym momencie jego holograficzny ekran zapiszczał.

Günter drgnął i wyciągnął w czytnika okrągłą kartę pamięci. Nie była większa, niż jego delikatny, różowy paznokieć. Nagle podskoczył i powiedział drżącym głosem:  “Te-teraz je-szcze  moż-na się ewa-ewa-ewakuować” wydukał, patrząc przez okno na dymy na horyzoncie. Kilka razy głęboko odetchnął, jakby chciał się opanować. “Chodź ze mną, skoro już tu jesteś. Może we dwóch będzie jakoś łatwiej”.

“Ewakuować? Dokąd?” spytałem.

“Do P-P-Paryza” wykrztusił i zamilkł, wcisnąwszy się miedzy mnie a stoły. Potem spojrzał na mnie i powiedział: “Ok, wiem, że nigdy się nie uśmiechasz, ale teraz przynajmniej mógłbyś być przerażony!”

Wzruszyłem ramionami i bez słowa powlokłem się za nim. Kiedy wypadliśmy na ulicę, efekty porannego napadu padaczki zaczęły stopniowo zanikać i mój umysł przestawił się ponownie na niezautomatyzowane reakcje. Podążałem za Günterem przez gąszcz nieprzytomnych oczu i rozdziawionych ust. Spojrzałem na kłęby dymu, które zasłaniały  niebo gęstą, stale obniżającą się powłoką. Coraz trudniej było oddychać. Gardło miałem wyschnięte na wiór. Ludzie wokół non stop kaszlali, niczym nałogowi palaczem tuż przed śmiercią.

Günter miał rację. Nasza część Moskwy była całkiem bezbronna przed jakimkolwiek atakiem. Wszystkie oddziały wojska wraz ze sprzętem zostały stąd  wycofane jeszcze za życia Mrs. Mao a to było dwadzieścia lat temu. Wtedy ludzie twierdzili, że organizacje międzynarodowe zapewniły trwały pokój na tym terytorium.

W chińskiej strefie okupacyjnej, na Dalekim Wschodzie i w strefie bałtyckiej w Petersburgu garnizony zostały zredukowane, ale nie wycofane. Ukraińcy, z kolei, zwiększyli swój potencjał militarny w Smoleńsku i Moskwie, za co byli bezlitośnie krytykowani przez ostatnie dwadzieścia lat.

To może to Ukraińcy zaatakowali. Bo skąd by Rosjanie wzięli bomby w Strefie nr 5? Co prawda od wielu miesięcy ów “trwały pokój” w naszej strefie był zakłócany atakami terrorystycznymi, za które żadna organizacja nie chciała wziąć odpowiedzialności. ONZ była bezradna.

Günter wpadł w panikę, jak tylko zaczęła wybuchać kolejna seria bomb. Łyknąłem  pigułkę i w oka mgnieniu znalazłem się na ziemi. Gapił się  na mnie parę sekund, po czym padł na ziemię tuż obok.

“Musimy zejść do schronu, na stację metra” zasugerowałem. Günter tylko obgryzał wypielęgnowane paznokcie. “Najbliższa będzie… ” rozejrzałem się dookoła, próbując z wszystkich sił powstrzymać swój mózg od popadnięcia w po padaczkowe odrętwienie. ” …na Placu Ostojewskiego.”

“N-n-nie” jęknął Günter “Już jesteśmy blisko a autobusy to stąd kilka kroków”.

Mocarną ręką giganta chwyciłem go za kołnierz i pociągnąłem go w kierunku przejścia podziemnego. Günter coś bełkotał gestykulując rękoma, ale nic mu to nie dało. Potknąwszy się  na schodach  z dziesięć razy, pogodził się z losem – odsunął się trochę na bok i zszedł  ze mną na stację.

Chwilę potem otoczyło nas mrowie ludzi wszelkiej możliwej narodowości: Niemcy, Francuzi, Polacy, Serbowie, Bułgarzy, Litwini i inni. Wielu z nich gapiło się podejrzliwie na moją pogodną twarz: przyjrzawszy się, próbowali odsunąć się możliwie jak najdalej. Tak, jak zawsze to robili.

Nie mogliśmy posuwać się naprzód wzdłuż peronu; po zejściu z niewygodnych nieczynnych schodów ruchomych, tłum utknął w martwym punkcie. Spojrzałem  ponad falującym morzem głów i dostrzegłem małą wnękę w ścianie pod czerwoną skrzynką przeciwpożarowego węża. Przepchnęliśmy się przez zastęp staruszek, bezlitośnie depcząc ich stopy i dotarliśmy na miejsce. Miałem szczęście. Miejsce pod skrzynka było wolne, więc wczołgaliśmy się do środka i usiedliśmy na posadzce. Mój tatuaż znów dał o sobie znać. Próbowałem się niezauważalnie podrapać, ale się mi nie udało. Starsza kobieta stojąca nieopodal podkręciła głową z wyrzutem. Gestem dałem jej znać, żeby usiadła obok mnie, bo było tam jeszcze trochę miejsca. Ale w odpowiedzi ujrzałem tylko zaciśnięte pogardliwie usta.

Spojrzałem na Güntera Dupré i ujrzałem, jak ściska kurczowo kolana, co bynajmniej nie przerwało ich dygotania. Machnąłem mu przed oczyma ręką, żeby na mnie spojrzał i powiedziałem, “Tutaj bomby nic nam nie zrobią.”

Rozejrzał się wokół. Dochodził nas gwar tłumu. Błyskały ekrany holowizyjne telefonów, bo ludzie próbowali dotrzeć do ostatnich wiadomości. “No tak. Też sprawdzę” pomyślałem i podniosłem rękę, ale zegarka nie było.

“Psiakrew” powiedziałem w myślach. ” Musiałem zostawić go w biurze w ładowarce”. Z wściekłością huknąłem głową w granitową ścianę z tyłu. Ból mnie zamroczył, ale zacisnąłem zęby i gorączkowo pocierając tył głowy zapytałem Güntera, “Czy mógłby Pan dać mi swój zegarek.  Sprawdzę najnowsze wiadomości.”

“W biurze krążyły plotki, że pochodzisz z Ukrainy. Czy to prawda?” zapytał, podając mu zegarek.

„Jestem sierotą” odpowiedziałem, naciskając tarczę zegarka. Ale holograficzny ekran pozostał martwy, tylko od czasu do czasu mała pojawiała się ikonka oznajmiając brak łączności. Zwróciłem zegarek Günterowi. „Moja matka prawdopodobnie uciekła z Ukrainy podczas wojny 22 roku. Myślę, że mój ojciec wówczas zginął. Wtedy, po zwycięstwie, w ramach któregoś międzynarodowego programu umieszczono mnie w chińskim sierocińcu w Moskwie. Tyle wiem.”

„Innymi słowy, jesteś zupełnie sam” zapytał ze zdumienie.

 Skinąłem głową.

 „Moja żona i córka są w Paryżu.” Uśmiechnął się Günter. „Pracują w rodzinnej firmie, w księgarni.”

 „Ohoho” to było wszystko, co byłem w stanie wydukać. Sądziłem, że w tej sytuacji powinienem powiedzieć coś więcej, ale tego rodzaju rozmówki nie były moją mocną stroną. Nikt nigdy nie rozmawiał ze mną o sprawach osobistych. Tylko personel w pracy „Tu wyżej jest brudno” albo „ Wyczyść tam u góry”. Najwyżej słyszałem: „O, jesteś ostrzyżony” albo „Ale masz fajne sneakersy”.Zapadła między nami krepująca cisza. Cały czas zdawało mi się, że to ja powinienem ją przerwać.

 „No tak. A więc, co Pan myśli?” zacząłem „Atak z chińskiej czy ukraińskiej strony? Ukraińcy nie są pewnie zachwyceni naszym programem reedukacji Rosjan.”

Günter zaczął coś mówić, kiedy nagle otaczający nas ludzie ruszyli się. Zerwałem się. Wszyscy się kierowali się ku schodom ruchomym.

 „Wygląda na to, że sytuacja się uspokoiła” odezwałem się do Güntera i włączyliśmy się w strumień ludzki. Podchodzenie zablokowanymi schodami ruchomymi  było znacznie trudniejsze, niż schodzenie. Na szczęście strumień ludzki często stawał, co dawało okazję do zaczerpnięcia oddechu.

Kiedy osiągnęliśmy górę i dotarliśmy do krytego przejścia, dostrzegłem, że coś jest nie w porządku. Zatrzymywaliśmy się co pewien czas na schodach, bo na szczycie stali uzbrojeni ludzie. Nie miałem wątpliwości, że to oni stali za atakami bombowymi. Nasza strefa została zdemilitaryzowana dawno temu. Stojący naprzeciw nas na pewno nie należeli ani do chińskiej, ani do ukraińskiej armii. Ubrani byli przeróżnie i trzymali niestandardową broń.

 „To nie są ani Chińczycy, ani Ukraińcy”  szepnąłem do Güntera, który wydawał się jeszcze bardziej przerażony.

 „B-bo o-oni t-to Ro-Rosjanie” odpowiedział.

 „Skąd Pan wie? Ale najważniejsze, skąd oni mają broń.” Było to głupie z mojej strony, bo zapytałem głośno i zwróciłem na siebie uwagę tych żołnierzy lub raczej tej zbrojnej zgrai przed nami. Próbowałem schylić głowę, ale nadal górowałem nad tłumem.

„Pokazać dokumenty” warknął jeden z nich po rosyjsku. „Tak, bez wątpienia to był Rosjanin.” Mimo, że było lato, nosił czarny wytarty sweter z dziurami i grube wypłowiałe dżinsy. Twarz zakrywała kominiarka, pewnie własnej roboty, z dużej dzierganej skarpety. Otwory na oczy były różnej wielkości, jeden duży sięgający brwi a drugi wąski, nie ukazujący nawet powiek.

Günter Dupré z pochyloną głową wyciągnął trzęsącą się dłonią swój francuski paszport (Oni używali jeszcze papierowych paszportów). Człowiek, który miał go sprawdzić, nie rzucił nawet okiem na dokument. Spojrzał tylko na mnie.

„Mój jest elektroniczny” rzuciłem , „Ale zgubiłem zegarek.”

 „Co tam bełkoczesz? Gadaj po rosyjsku” zbrojny mężczyzna huknął na mnie. „Elektroniczny paszport” powtórzyłem o wskazałem na zegarem Güntera oraz mój nagi przegub. Musiał mnie nie zrozumieć, bo zerwał zegarek z ręki Güntera i wsadził go do własnej kieszeni. Günter Duper popatrzył na mnie z gniewem. Zbrojny mężczyzna zwrócił się do drugiego i rzekł głośno „Zabierz ich na Nikolską”.

„Po co? I gdzie ta Nikolska teraz?” odpowiedział ten drugi obracając w rękach starą papierową mapę i rozglądał się kręcąc głową , na lewo i na prawo.

Przez pięć lat pracy w organizacji pozarządowej zdumiewałem się, że Rosjanie zza Uralu nie wierzą, że ich ojcowie, czy dziadowie wysadzili miasto na jesieni 2022 roku i że dzisiaj ulice są zupełne inne. Wszystkie zostały odnowione i uzyskały nowe nazwy i patronów, aby uczcić ludzi  kultury i literatury z przeszłości. Tam gdzie była Nikolska, było teraz skrzyżowanie ulicy Brodzkiego z ulicą Nieznaika. Organizacje międzynarodowe wydawały miliony Euro na nowe programy edukacyjne, aby im uświadamiać ich własną historię.  Ale dlaczego i skąd byli ci ludzie z bronią i papierowymi mapami, całkowicie nieświadomi dziś, w 2049 roku, własnych dziejów.

Już otworzyłem usta, aby wskazać kierunek , kiedy przerwał mi Günter wskazując kierunek, który obiecywał ewakuację.

„N-nnikkolska jest tam” kierując  na lewo, gdzie nie było jeszcze widać czarnych dymów pożarów.

Szliśmy powoli depcząc kamienie i śmieci. Kiedy mijaliśmy wielki budynek w płomieniach , które już trochę osłabły, wyczułem wyraźny metaliczny smród. Gdy tylko dotarł do moich nozdrzy, całe moje ciało zaczęło dygotać i znowu zjawił mi się epizod déjà vu. Zobaczyłem oprócz tego, co rzeczywiście widziałem, widok bardzo podobny zgliszcz – ale z całą pewnością nie była to Moskwa. Obraz ten szybko znikł, ale powtórzył się kilka razy, jakby to były pojedyncze sceny, których reżyser filmowy zapomniał wyciąć, reżyserując ostateczną wersję filmu. Zrujnowane miasto jawiło mi się nad mrozem. Ale nie pachniało morzem, wznosił się ten sam smród, co z obecnego pożaru.

Uderzenie kolbą automatu natychmiast wygnało te obrazy z mojego umysłu. Człowiek trzymający broń celował w moją skroń, ale nie trafił i tylko musnął mi tył głowy. Zachwiałem się i z zaskoczenia nie utrzymałem równowagi i padłem na czworaki. Oparłem się na rękach i odepchnąłem się nimi, żeby wstać na nogi.

Kiedy doszliśmy do rogu ulicy, stanęliśmy na placu Ostapa Bendera. Osobliwy placyk otoczony był wysokościowcami, z paroma drzewami w centrum, teraz z opalonymi  lub zwęglonymi pniami. Na balkonie jednego z otaczających budynków wisiało prześcieradło z napisem czarną farbą „Za Pokój”. Przemknęła mi myśl – „No dobrze, trochę to przykrywa głupią dekoracyjną fasadę.”  Moją uwagę zwrócili ludzie wychodzący z drzwi. Każdy z nich niósł muszlę klozetową.  Niektóre z nich miały jeszcze u dołu kafelki zerwane z łazienek, gdzie były zainstalowane.  Automaty leżały na stercie przy drzwiach.  Pamiętałem, jak na zebraniu Dupré powiedział mi, że nabyliśmy miliony kabin toaletowych dla Rosjan. „ Niech to licho” pomyślałem. „Czy oni ich jeszcze potrzebują?”

“Więc, czemuśmy tu przyszli?” zapytał jeden ze strażników, wskazując ręką na budynek gestem prezentacji. Ten drugi tylko wzruszył ramionami. Rzucił okiem na ludzi z kibelkami i krzyknął, “Tylko popatrz, zarabiają na nasz koszt!”

Rzuciłem okiem na Güntera, który rozglądał się w typowym w dniu dzisiejszym stanie paniki.

“Transport powinien już był nadejść” szepnął.

“A może drony dostawcze” wtrąciłem ironicznie, odnosząc się do małych wymiarów placu Ostap Bender. “Myślę, że się Pan pomylił, jeśli chodzi o ewakuację z tego miejsca.”

Nie wierzyłem, że twarz Güntera mogłaby zrobić się jeszcze bledsza. Teraz wyglądał, jakby mu włosy na głowie siwiały ekspresowo. Zrobił parę ostrożnych kroków i zanurzył rękę w mojej kieszeni.

“Co Pan robi?” odskoczyłem do tyłu, omal nie trącając ramienia jednego ze strażników. A ten akurat próbował skontaktować się ze swoim dowódcą przy pomocy staromodnego instrumentu w kształcie czarnej prostokątnej skrzynki z przyciskami i prętem anteny na górze. Kiedyś widziałem coś podobnego u Mrs. Mao, bo stanowczo odmawiała sprawienia sobie zegarka.

Korzystając z zamieszania panującego w głowach naszych strażników, Günther Dupré zrobił parę kroków na bok. Próbowałem go chwycić i zatrzymać, ale już był za daleko. Zrobił jeszcze parę cichych kroków i przywarł do sąsiedniego budynku tuż pod napisem “Za pokój!”

Nagle strażnik trzymający urządzenie telekomunikacyjne, z którego słychać było  czyjś wrzask, odwrócił się i zakomenderował, “Dostaliśmy rozkaz zlikwidować tych dwóch” . Żołnierze podnieśli broń, gotując się do strzału.

Spostrzegłszy, że Günter się oddalił, jeden z nich krzyknął “Stój” i zaczął strzelać.

Idący w oddali ludzie, przestraszeni hukiem wystrzałów, upuścili przenoszone kible, które rozbiły się w drobne kawałki. Rzuciłem się na chodnik i połknąłem ostatnia pigułkę.  Kątem oka zobaczyłem, że Günter ostro skręca i biegnie w kierunku wejścia, ale kule doszły go wcześniej i upadł na ziemię.

Dowódca oddziału tragarzy kibli łajał na swoich podkomendnych, którzy upuścili cenny ładunek. Moi dwaj strażnicy szybko podbiegli do ciepłego jeszcze Güntera i zaczęli przetrząsać mu kieszenie.

Podniosłem głowę i rozejrzałem się. Tragarze kibli kontynuowali swój pochód. Moi strażnicy głośno klęli. Nagle spojrzeli na mnie i ryknęli “To on ma flash drive’a.”

“Pendrive?” pomyślałem, “Co to jest?”. I przypomniałem sobie, że Günter wrzucił mi coś do kieszeni. Wsadziłem ręce do kieszeni, ale były mokre od potu, tak że nic nie wyczułem palcami.

Moje lekarstwo na padaczkę musiało mi spowolnić myślenie i postanowiłem uciekać, dopiero gdy pierwsza kula przyleciała nad moją głową i utknęła w drzewie. Jakieś odłamki, jak i moje gwiazdki w oczach,  rozprysły się wokół. Schyliłem się, gdy kolejna kula trafiła mnie w nogę. Osunąłem się na ziemię. Tępy ból przeniknął moje ciało, ale adrenalina przytłumiła moje zmysły.

Siłą woli udało mi się poruszyć i jakimś cudem znalazłem się za drzewem. “Żyję” pomyślałem. I wtedy usłyszałem następne  strzały. Zacisnąłem mocno powieki i ujrzałem różnokolorowe koła wirujące w rozedrganym tańcu.

Rozbolała mnie głowa i z całej siły próbowałem ścisnąć ją dłońmi, jak gdyby miało to w czymkolwiek mi pomóc. Wijąc się z bólu, całkiem zapomniałem o rannej nodze. Przygłuchłem,  gdy następna kula przeleciała że świstem tuż koło mnie. Nagle kalejdoskop przed mymi oczyma zatrzymał się i jednocześnie wokół mnie zapadła totalna cisza i ciemność.

Nie pamiętam, czy straciłem przytomność, czy moje pigułki nie zadziałały i popadłem w kolejny nawrót padaczki. Ale odzyskałem świadomość, gdy ktoś zmusił mnie do podniesienia się i oparł plecami o drzewo.

“Ktoś Ty jest?” usłyszałem groźny głos. Po chwili powtórzył. Nie mówił po rosyjsku, ale go rozumiałem. “Ukraińcy?” przemknęło mi przez myśl.

“Hector Harabec, rezydent… cywil,” udało mi się wypowiedzieć tych parę słów, nie otwierając niemal

“Znasz Güntera Dupré?” Mężczyzna w mundurze wojskowym był niższy ode mnie, ale i tak nade mną górował.

“T-tak, pracuję u niego,” odrzekłem.

“No to żegnaj się z tym światem.” Mężczyzna odsunął się gwałtownie i wymierzył do mnie ze swej broni. Już niemal naciskał spust, kiedy inny głos mu przerwał.

“Czekaj!” Głos był cieńszy, ale chropawy, jak u palacza. Przede mną stanęła kobieta w pełnym rynsztunku. Wydawało mi się, że już ją gdzieś widziałem, ale pamięć odmówiła mi posłuszeństwa. Kobieta przeszukała mnie z góry do dołu, sprawdzając dokładnie kieszenie. Z ostatniej wyciągnęła malutką kartę pamięci, która widziałem rano u Güntera i którą później wrzucił mi do kieszeni. Była tak mała, że jej nie zauważyłem.

“Najpierw z nim porozmawiamy,” powiedziała po angielsku.

“Ależ Pani Pułkownik, on pomagał wrogom,” powiedział też po angielsku mężczyzna, który właśnie miał mnie zastrzelić. Kobieta odprawiła go jednym ruchem ręki, dając mu jasno do zrozumienia, że jej rozkaz nie podlega dyskusji.

Wszystko, co nastąpiło potem, działo się szybkością błyskawicy. Gdy byłem prowadzony za róg ulicy Szarikowa, kątem oka zobaczyłem ciała moich strażników i ich kolegów z linkami. Potem wepchnęli mnie do helikoptera i po paru minutach znaleźliśmy się w Ukraińskiej Strefie Okupacyjnej w Moskwie.

Helikopter wylądował na dachu i zostałem odprowadzony tak szybko do wnętrza budynku, że nie zdołałem się nawet rozejrzeć. Parę minut później siedziałem że związanymi rękoma za stołem w pustym pokoiku ze szklanymi ścianami.

Naprzeciwko mnie siadła kobieta, dzięki której jeszcze żyłem a przy drzwiach stał umundurowany żołnierz z karabinem maszynowym. Na ramieniu widniała mała niebiesko-żółta flaga. Znałem dobrze Chińczyków i Europejczyków, ale nie miałem pojęcia czego oczekiwać od kogoś, kto jest przypuszczalnie tego samego pochodzenia, co ja sam. Kobieta milczała, dopóki nie przyszedł doktor, by zmienić mi opatrunek na rannej nodze.

“Czy mówisz po ukraińsku?” spytała Pani Pułkownik po ukraińsku.

“Trochę rozumiem, ale lepiej mówię po chińsku lub angielsku” odpowiedziałem z wzrokiem utkwionym w podłogę.

“Dobrze.”  kontynuowała po angielsku. “Byłeś wspólnikiem Güntera Dupré?”

„Wspólnikiem?” powtórzyłem.

Lata całe dostarczaliście broń Rosjanom – i teraz mamy rezultat”. Pani Pułkownik wyjęła paczkę gumy do żucia i wrzuciła dwa kawałki do ust. Spojrzałem na nią. Żuła powoli patrząc na mnie uważnie.

“Jaką broń?!” byłem oburzony i po raz pierwszy w życiu prawie to wykrzyczałem. “Zajmowaliśmy się programami edukacyjnymi, nauczaniem i pomaganiem. Nie było żadnej broni!”

Nie wiem, co było wypisane na mojej twarzy, ale pani pułkownik uśmiechnęła się. A może po prostu nie uwierzyła mi. Nagle zerwała się na równe nogi i wykrzyknęła prosto mi w twarz. “Przez pięć lat, przez te wasze szlachetne zamiary, pieniądze wpadały prosto w ręce tych drani. Nie przyszło Wam do głowy, że wydadzą je na coś zupełnie innego? Akty terroryzmu miały miejsce niemal co tydzień.”

Sadze, że poznałem ją właśnie w tym momencie. Przez całe lata widywałem ja, ale nie byłem w stanie zbliżyć się do niej. To była ta sama kobieta, która wzywała mnie w moich snach. Musiałem głupio wyglądać w tym momencie. Właśnie, gdy byłem oskarżany o poważne przestępstwo, na mojej twarzy rozlał się uśmiech ulgi. Pani Pułkownik skrzywiła się. Chwilę potem coś usłyszała w słuchawce w uchu i porwała tablet wpatrując się weń z uwagą. Powoli rysy jej twarzy zaczęły łagodnieć.

“A więc, Panie Hectorze Hara-d-m-bc…” potknęła się na wymowie mojego nazwiska, nie przestając żuć gumy. Była piękna, zupełnie jak kobieta ze snów. Ale czemuż to miałbym sądzić, że to rzeczywiście ona? Ręką znów zaczęła mnie swędzieć i próbowałem podrapać się plastikowymi kajdankami.

Pani Pułkownik zauważyła i przyjrzała się moim rękom. Jeszcze trochę pożuła, po czym wyjęła gumę i przylepiła ją pod stołem.

Czemu nie powiedział Pan, że była to pierwsza obowiązkowa praca ze skierowania z sierocińca.

“Czy to ważne?” wzruszyłem ramionami.

“Tak, bardzo ważne.” Kobieta pochyliła się nad stołem, oparta na rękach. “Ukraińskie dziecko z Mariupola, które było w 2022 roku siłą odebrane matce. “Jej usta lekko drżały. “Mój ojciec został zabity, gdy zabrał nas z babcią do Zaporiżia.” Wtem wyciągnęła rękę i podciągając rękaw, pokazała na sekundę  taki sam tatuaż w kształcie X, jak mój, tuż obok nadgarstka. Zaraz zaczęła przewracać papiery na biurku, jak gdyby bojąc się, że strażnik przy drzwiach też go zobaczy. “A zaraz potem sierociniec i praca, której nie mógł Pan odmówić.” ciągnęła dalej. “Nawet zabezpieczył Pan czarny rejestr z nielegalnym finansowaniem ‘Nowych Rosjan’. To nam rozwiąże ręce.”

Pani Pułkownik powiedziała coś do komunikatora i zaczęła chodzić. Najpierw obeszła nic nie mówiąc pokój dookoła parę razy. Potem wyczułem, że stanęła na chwilę za moimi plecami. Gotów byłem założyć się, że starała się przejrzeć moje myśli, żeby sprawdzić, czy miałem złe zamiary. Zaczęła znów okrążać pokój, gdy powiedziała “Czy wierzy Pan, że  ich naprawdę można  reedukować?”

“Na zebraniu pracowników Dupré informował nas, że przeprowadzono konsultacje z psychologami, obrońcami praw człowieka,  socjaldemokratami, z ON…  i wszyscy poparli ten projekt,”  odpowiedziałem. “Rosjanie byli kiedyś narodem o wysokiej kulturze, ale padli ofiarą tyranii, więc postanowiliśmy pokazać im inną drogę. Można powiedzieć, był to kontrolowany eksperyment. Zasadnicza idea była następująca (kilka razy wyczytałem to na stronie internetowej, żeby móc zapamiętać) : wierzymy im, pomagamy im poczuć się prawdziwymi ludźmi, współpracujemy z nimi, stwarzamy im warunki do osobistego rozwoju…”

“Ha!” przerwała mi. I akurat wtedy ktoś wywołał ja z pokoju i wyszła.

Za szklanki drzwiami coś komuś długo tłumaczyła, niemal bez gestów. Następnie, przez dłuższy czas wysłuchiwała bez ruchu jakiegoś mężczyznę. Prawie nie znałem ukraińskiego i nie udało mi się nic zrozumieć z ruchów warg. Nagle na twarzy Pani Pułkownik pojawił się szeroki uśmiech i chwyciła tego mężczyznę w objęcia. Chyba pierwszy raz w życiu zobaczyłem prawdziwie szczery uśmiech. Nic nie myśląc, sam się uśmiechnąłem.

Po skończonej rozmowie otworzyła szklane drzwi i powiedziała, “Jak to się wszystko skończy, będzie Pan mógł wrócić do Chin.”

“Skończy? zapytałem, ale ona już wyszła.

Siedziałem dalej. Pół godziny później, ktoś szepnął coś do ucha strażnika a ten kazał mi wstać. Uwolnił moje ręce z plastikowych kajdanek i zaprowadził do małego, ale przytulnego pokoiku. Łóżko, stół i krzesło oraz osobna łazienka z prysznicem. Przez cały czas przesłuchiwania, byłem pewien, że wsadzą mnie do aresztu a tymczasem miałem szczęście znaleźć się w ciepłym pokoju z miękkim materacem.

Po gorącym prysznicu miałem położyć  się spać, ale gdy otworzyłem okno, żeby przewietrzyć pokój, usłyszałem nowe eksplozje.  Automatycznie sięgnąłem do kieszeni spodni wiszących na krześle, ale nic nie znalazłem. Mój oddech przyspieszył i stał się ciężki. Czułem się jak  by chodziły po mnie mrówki. Zaczęło mnie też skręcać w brzuchu.

Ale jednak… coś było inaczej. Mijały minuty, atak nie nadchodził. I żadnych déjà vu.

 Kiedy zdałem sobie z tego sprawę, nie rzuciłem się na podłogę. Zostałem w ciepłym łóżku, bez swoich pigułek, mimo, że eksplozje nadal było słychać. Tym razem groźne bombardowanie brzmiało jak kołysanka. Po chwili zamknąłem oczy, poczułem wielkie zmęczenie i zapadłem w głęboki, spokojny sen.

„Strefa 5 już nie istnieje” poinformowała mnie radośnie Pani Pułkownik następnego ranka. Informacje uzyskane z flash drive’u Waszej organizacji zszokowała wszystkich w Europie, zwłaszcza tych na górze” powiedziała, wskazując na sufit.

Przetarłem oczy, starając się zrozumieć, gdzie jestem i co się dzieje. Zaczęła mnie boleć wczorajsza rana na nodze i skrzywiłem się. 

„Rozmawiałam z dyrektorem” uśmiechnęła się. Jest gotów zgodzić się, żebyś mógł zostać w Ukrainie. Zgodnie z prawem, mogą nawet wydać Ci paszport, jeśli znajdziesz jakieś informacje o swoich krewnych. A może chcesz wrócić do Chin, żeby być z ludźmi, wśród których dorastałeś? Po prostu, co wolisz?”

„To wszystko jest takie niespodziewane,” wydukałem, siadając na łóżku. Kobieta patrzyła mi prosto w oczy, co mnie wprawiło w zakłopotanie. Nagle pomyślałem o Mrs. Mao, o mojej pracy stróża i wybuchnąłem: „Nie chcę tam wracać!”

„To dobrze” Pani Pułkownik uśmiechnęła się i poklepała mnie po ramieniu. Następnie wyciągnęła małą białoniebieską tubkę i dała mi ją do ręki. Już cię nie będzie swędzić” szepnęła wskazując na tatuaż i wyszła z pokoju. Jeszcze trochę przyćmiony snem zapomniałem zapytać ją, co się stało ze Strefą 5. Przez kilka dni trwały uroczystości, ale nikt nie dał mi żadnego wyjaśnienia. Wszyscy tylko wyśpiewywali  „ROZ-JI-BA-LI!” Niektórzy mówili, że teraz Strefa 5 zostanie ziemią jałową a inni z kolei, że olbrzymim trującym jeziorem.

Nie było też zgody, co do losu miejscowej populacji. Ukraińscy dziennikarze twierdzili, że wszyscy tam zostali zabici, albo też dokonali „samo-eliminacji”. Zachodni eksperci przekonywali, że grupa ludzi przetrwała i stworzyła nową religię – kult Białej Toalety. Włoski dziennikarz wskazał nawet budynek nieopodal Kijowa, skąd – jak wierzył – ruscy ukradli pierwotny artefakt w czasie wojny 2022 roku. Ja jednak myślę, że nawet jeśli  ktoś przetrwał, czcili by raczej ciało z mauzoleum, bo inaczej, w jakim celu terroryści mieliby je wykradać? Nawiasem mówiąc, niewielu ludzi to zauważyło, ale ja natychmiast, że po zniknięciu Strefy 5, nie wydarzył się® żaden akt terroryzmu. Tak samo niezauważalnie i bez rozgłosu znikła ONZ.

Początkowo umieszczono mnie w akademiku na lewym brzegu w Kijowie i dali mi niewielkie stypendium. Nie mogłem znaleźć pracy, więc w międzyczasie (a miałem go wiele!) studiowałem język ukraiński. Po tych studiach zacząłem badać archiwa. Po dwóch tygodniach poszukiwań do tarłem do danych o moim ojcu. Został zastrzelony przez Rosjan we wrześniu 2022 roku podczas wyzwalania Ambroziwki. Pracownik archiwum pomógł mi zamieścić ten dokument w specjalnej bazie danych. Parę tygodni później wezwano mnie, aby wręczyć mi paszport i zaoferowano pomoc, abym mógł wrócić do miasta mego urodzenia – Mariupola.

Mały domek znajdował się na przedmieściu Mariupola na niewielkim osiedlu o nazwie Stal, na wybrzeżu Morza Azowskiego. Generał, którego nazwiska nie pamiętam, dał mi klucze i powiedział, że był towarzyszem broni mojego ojca. Z dobrych wieści mogę dodać, że od kiedy zamieszkałem nad morzem, ustąpiły objawy epilepsji a także zjawiska deja vu. Nie narzekam tez ju8ż na pamięć. Zaczynam wręcz wątpić, czy kiedykolwiek rzeczywiście chorowałem.

Czasem w snach łapię się na chęci powrotu do Moskwy i sprawdzeniu sytuacji Strefy 5. Kiedy jednak spaceruję nad brzegiem morza, dostrzegam pierwsze nieśmiałe promienie słońca i łapię na twarz krople słonej wody niesione poranna bryzą, nie myślę o powrocie. Poza bombami i deja vu, nic tam przecież nie ma. Nie ma tam nawet białego kibla czczonego przez wszystkich. A tutaj, u moich stóp, są tak piękne muszle. I są tu rzeczywiście!

Często myślę o Pani Pułkownik i jej uśmiechu, pierwszym prawdziwym uśmiechu w moim życiu. Raz zdarzyło mi się ujrzeć ją w którychś z mediów społecznościowych i napisałem do niej, ale nie odpowiedziała. Dziesięć czy piętnaście lat później obejrzałem jakiś z nią wywiad. Była już wówczas generałem. Na jej twarzy widniał taki sam uśmiech, który ongiś wzbudził mój uśmiech.

Jestem więc tutaj, w Mariupolu, na wybrzeżu Morza Azowskiego. Nigdy nie miewam tu potrzeby zasłonięcia okien szczelnymi roletami. Budzę się co rano pełen energii dla moich studiów nad architekturą – to mój nowy zawód, który wypełnia mi cały czas. A z czasem zapomniałem już nawet o Mrs, Mao, o Günterze Dupré i o tym, że kiedyś istniało miejsce o nazwie Strefa 5.

Inne opowiadania napisane przez Oleksiego Dubrow

Inne historie zilustrowane przez Marynę Lutsyk

Subskrybuj The Arc!

Zasubskrybuj The Arc już dziś, a co miesiąc będziesz mieć dostęp do trzech niezwykłych historii.

WIĘCEJ OD №3:

Mapping Russia’s Devolution

The rupture of the Russian Federation will be the third phase of imperial collapse following the unravelling of the Soviet bloc and the disintegration of the Soviet Union in the early 1990s…